Zdarzyło się,  że mój młodszy brat wylądował w miejscowym szpitalu z diagnozą kolki nerkowej. Ot, bolesna przypadłość, ale nie śmiertelna, więc po kilku dniach opuścił ów przybytek,  zapominając szybko o całym incydencie. Ponieważ Brat należy do ludzi ciekawskich i szalonych jednocześnie, podczas którejś ze swych wycieczek po szpitalu odkrył, że jeden z korytarzy został częściowo przebudowany. Skrzydło szpitala wskazywało, że okna powinny znajdować się po obu jego stronach, tymczasem korytarz zabudowano wstawiając ściankę z dykty. Dociekliwa natura Brata pognała go do końca korytarza, gdzie dykta dobijała do parapetu okiennego. Tam okazało się, że dziura między dyktą a oknem jest dokładnie taka, że chudy jak szparag Maciek, jest w stanie przecisnąć się przez nią do odizolowanej części szpitalnego labiryntu. Co też prędko i niespostrzeżenie uczynił. I jakimż odkryciem zaowocowało owo wścibstwo? Otóż okazało się, że odseparowana przestrzeń to nic innego jak stary blok operacyjny! Kiedy zapadła decyzja o zamknięciu oddziału, ktoś po prostu wstawił ściankę, nie zamartwiając się bardziej niż to konieczne o los pozostawionego tam dobytku.

Podczas najbliższych odwiedzin Brat podzielił się ze mną odkryciem, a ja uznałam je za idealny plener do sesji fotograficznej i na następne odwiedziny oprócz soku i drożdżówek, przytargałam z sobą aparat. Czając się dłuższą chwilę w wyczekiwaniu dogodnej okazji do "zdematerializowania się", obserwowałam krzątaninę pielęgniarek i lekarzy oraz snujące się w szlafrokach ludzkie cienie myśląc o tym, jak niewiele trzeba, by odrzeć człowieka z pewności siebie. Wystarczy przebrać go w piżamę i kapcie, by cała życiowa odwaga i przebojowość uleciały jak z przekłutego balonu. Siedziałam tak sobie z aparatem na kolanach i myślałam, że tu każdy jest tylko - zdanym na innych - pacjentem. Kimś, kto bez opieki i pomocy, staje się słabym, schorowanym, człowiekiem bez przeszłości. Menadżer z banku czy szkolna woźna, w szlafroku i piżamie, przestają pełnić swoje funkcje społeczne, przestają mieć powody, by czuć się lepszym od innych. Czyli nie tylko śmierć zrównuje ludzi. Czasem wystarcza wymięta piżama czy poplamiony szlafrok.

Tak sobie dryfując myślami po zawiłościach losu, prawie przegapiłam okazję do zniknięcia. Na szczęście Maciek złapał mnie za rękę i wskoczyliśmy na parapet, by zniknąć w czeluściach bloku operacyjnego. A tam - prawdziwy raj! Stoły operacyjne, aparaty do narkozy, metalowe skrzynki pełne narzędzi chirurgicznych! Prawdziwy arsenał skalpeli, rozwieraczy, łyżeczek, nożyków. Wykorzystania niektórych narzędzi nawet nie chciałam się domyślać. Czułam się jakby ktoś otworzył mi drzwi do charakteryzatorni w teatrze! Sprzęt nieco przestarzały, ale do sesji nadawał się doskonale! W ruch poszły zielonkawe kitle, zdjęcia rentgenowskie i olbrzymie strzykawki. Maciek wczuł się w rolę młodego chirurga i żałowałam tylko, że nie mamy z sobą kogoś, który odegrałby rolę pacjenta. Mimo to sesja udała się znakomicie.

Po wszystkim, cicho opuściliśmy nasz sekretny plener, by dać się nakryć apatycznej siostrze, która pojawiła się na korytarzu akurat, gdy zeskakiwałam z parapetu. Nie wyglądała ani na zdziwioną, ani zainteresowaną. Co w tym dziwnego? Naoglądała się już w życiu nie takich hec. Wszak pacjenci z zasady nie są zdrowi na ciele, a bywa- że i na umyśle."Ugębieni" przez szlafroki, ujednoliceni przez zależność od innych, bez poczucia własnej  wyjątkowości - czasem robią rzeczy dzikie: próbują ucieczki w piżamie, wyrywają sobie wenflony, rzucają przedmiotami. A czasem muszą sobie po prostu poskakać. Z parapetu.