Stokerowi powołującemu do życia Hrabiego Drakulę, nie przyszło pewnie do głowy, że rozsławi Transylwanię znacznie bardziej niż historia, przyroda i liczne zabytki razem wzięte. Biura kuszą dziś wycieczkami z cyklu "Śladami Drakuli" i hurtowo wywożą turystów na zamek w Branie, który uchodzi za siedzibę słynnego wampira. Wlad Tepes, nawet nigdy w niej nie mieszkał...

Za to rodowici Branianie żyją sobie z tego procederu zupełnie nieźle. Bieluchny castelul( zamek ) stoi odpicowany niczym podkarpacka wieś przed Bożym Ciałem, wokół mnożą się knajpy, knajpeczki, a parkingi uginają pod ciężarem autokarów. I oczywiście kwitnie cały ten jarmark wokół, czyli stoiska z ociekającymi krwią koszulkami, długopisy z głową wampira, figurki nadgryzionych dziewic i setki gadżetów nie dających zapomnieć, skąd też zostały przywiezione. Wszystkie równie kiczowate, co makabryczne. Ale ma się rozumieć, taka pamiątka postawiona na komodzie w salonie obok figurki Sfinksa i kompletu muszelek, długo będzie przypominać o wyprawie do "dzikiej Rumunii"- pełnej wampirów, psów i Cyganów.

Uciekając Hrabiemu i jego plastikowo - krwawej świcie, można odnaleźć prawdziwą Rumunię. I to całkiem niedaleko, bo w nieodległym Braszowie, można nacieszyć oko pięknym Starym Miastem i Czarnym Kościołem. Dalej, jest jeszcze lepiej. Sybin i Sigiszoarę, dwie stolice Sasów siedmiogrodzkich, choć również znajdują się na liście obowiązkowych punktów "do zaliczenia" wszelakich wycieczek, faktycznie nie sposób ominąć. Średniowieczny rodowód obu miast widoczny jest w każdym zakamarku: w wąskich uliczkach, maleńkich podwórkach, rudych dachówkach. Sybin jest magiczny! Taki dżentelmen starej daty. Dystyngowany, trochę mroczny, ciut  zaniedbany, zubożały, ale ciągle z klasą. A Sigiszoara niczym czarująca dama, uśmiecha się okiennicami, kusi zaułkami, mieni się barwnymi strojami kamienic. Chce być podziwiana, komplementowana, oklaskiwana. I taka jest. Tłumy przewalające się latem ulicami miasta spełniają te zachcianki z nawiązką, zostawiając w Sigiszoarze serce, pieniądze i przekonanie, że widziało się Rumunię.

Ale dla mnie prawdziwa Rumunia jest gdzie indziej. Jest tam, gdzie do nieba pną się wspaniałe góry, spływają niezliczone wodospady, a nad okolicą górują warowne kościoły czy bukowińskie klasztory. Gdzie przy drodze wyrastają małe wioseczki ze studniami w ogródkach, cygańskie domy ze srebrnymi kopułami dachów, gdzie serpentynami wije się szalona Trasa Transfogarska. Prawdziwe oblicze kraju można ujrzeć w delcie Dunaju, niemal niezmienionej ręką człowieka czy na deptaku w romantycznej Oradei. Bo Rumunia to również zadbane, pięknie oświetlone, tętniące życiem miasta, pełne młodzieży, ogródków letnich (nawet w listopadzie!) i zapachu pizzy. Satu Mare, Timisoara czy Kluż- Napoka to miasta "całoroczne", z pięknymi  kamienicami, kościołami, szerokimi ulicami i całą masą restauracyjek.

I nie wszędzie dotarła jeszcze Masowa Turystyka, wlokąca za sobą ogon breloczków, magnesów na lodówkę i okularów przecisłonecznych od Dolce&Gabbana. Nie każde warte odwiedzenia miejsce zostało już "odkryte" przez przewodników wycieczek, a tym samym pozostało niezadeptane przez autokarowe grupy z aparatem na szyi i kapelusikiem na oczach. W wyludnionych górach Apuseni można nie spotkać na szlaku żywej duszy przez kilka godzin! Wesoły Cmentarz we wsi Sapanta zwiedzaliśmy zupełnie sami, a siedmiogrodzki kościół warowny w Viscri z niewielką grupką miejscowych. I w dodatku nikt nie usiłował nam sprzedać kamienia z pamiątkowym napisem "Viscri" ani miedzianej monety z wyrytym herbem. Gospodyni domu obok kościołą, zaprosiła nas do siebie, przygotowała lemoniadę ze świeżo wyciśniętych cytryn z miodem i z ciekawością wypytywała o Polskę i naszą eskapadę.

Takich ludzi i miejsc w Rumunii jest wiele. Wystarczy tylko uciec Hrabiemu Drakuli i samemu powłóczyć się bocznymi drogami, zajrzeć do przydrożnych knajpek na grillowane mici albo słodkie papanasi i pamiętać, że plastikowy postrach nadal straszy wokół Bran... i nadmorskich promenad. ;)